Zapomniana Łopienka.


Bieszczady od wiek wieków przyciągają swym niepowtarzalnym urokiem. Tu każdy kamień ma swoją historię, historię która czeka by ją opowiedzieć.
Wielu bieszczadzkich miejscowości, które niegdyś cieszyły się świetnością już dziś nie ma. O ich istnieniu świadczyć mogą jedynie pozostałości po zabudowaniach wiejskich, których jest coraz mniej. Miejscowości te czekają na ponowne odkrycie, nie jest to łatwe, wiele dróg uległo zniszczeniu, dziś do nieistniejących już wsi prowadzą leśne bezdroża, często trudne do przebycia.
          Niewątpliwie nieodłącznym elementem krajobrazu bieszczadzkiego są cerkwie, ich architektura należy do jednego z najciekawszych zjawisk w europejskiej kulturze. Specyfiką Kościoła Wschodniego było dążenie do wybudowania świątyni niemal w każdej wsi. Dzięki temu powstały setki niewielkich cerkwi, przeważnie drewnianych, wznoszonych rękami miejscowych majstrów i każda z nich stanowiła swoiste niepowtarzalne dzieło wiejskiego budownictwa. Niewiele z nich przetrwało do dziś. Te, którym się to udało są murowane, jedną z nich jest cerkiew w Łopience.
Łopienka to nie istniejąca już dziś wieś założona około 1543 roku na prawie wołoskim, w dobrach Balów z Hoczwi, położona nad dopływem Solinki, między górami Korbanią, a Łopiennikiem. Do 1770 roku należała do Balów, jednak po śmierci ostatniej przedstawicielki tego rodu- Salomei Karsznickiej, Łopienkę w spadku dostał jej syn - Piotr Karsznicki, który w niedługim czasie sprzedał ją. Przez kilka kolejnych lat wieś przechodziła z " rąk do rąk"- jej właścicielami byli m.in. Strzeleccy, a początkiem naszego wieku przeszła w ręce rodziny Wichańskich i tak zostało do 1939 roku.
Cerkiew w Łopience powstała w 1757 roku. Budowę jej fundowali Strzeleccy ówcześni właściciele wsi. Inicjatorem budowy był prawdopodobnie miejscowy ksiądz- Andrzej Ławrowski. Człowiek ten pełnił też funkcję dziekana baligrodzkiego, był twórcą okazałej biblioteki dekanalnej. Patronką świątyni została święta Paraskewia - grecka męczennica, opiekunka młodych dziewcząt i ogniska domowego. We wrześniu 1906 roku dziekan baligrodzki ksiądz Kiprian Ilnicki- Jasienicki, dokonał wizytacji łopieńskiej cerkwi. Dzięki protokołowi wtedy sporządzonemu dowiadujemy się, że wśród wyposażenia znajdowały się: trzy pozłacane kielichy, jedenaście ornatów i sześć wierzchnich szat liturgicznych. W okresie międzywojennym cerkiew nie miała ikonostasu. Wewnątrz znajdował się tylko ołtarz główny z cudownym obrazem Matki Bożej .
Ze wspomnianym wizerunkiem Matki Bożej Łopieńskiej związane są liczne przekazy. Jeden z nich mówi, że po znalezieniu obrazu w Łopience odwożono go aż trzykrotnie do pobliskiej wsi - Terki, ale obraz w cudowny sposób powracał. Inne podanie głosi, że cudowny obraz zatrzymał się na stojącej obok cerkwi okazałej lipie, spostrzegły go gęsi, które głośnym gęganiem powiadomiły o tym ludzi. Ostatnie podanie głosi, że w drodze do Terki woły, ciągnące wóz z obrazem, stanęły na granicy Łopienki, Buka i Polanek, i nie chciały dalej iść, sprowadzono jeszcze dwa woły, ale i to nie pomogło, więc tamtejsi mieszkańcy wrócili z cudowną ikoną do Łopienki.
Kiedy naprawdę trafił on do Łopienki?- nie wiadomo.
Cudowny obraz przyciągał do Łopienki, niewielkiej wsi, (która liczyła w 1921 roku łącznie 303 mieszkańców, w tym 289 grekokatolików , 6 rzymskokatolików i 8 wyznania mojżeszowego), rzesze wiernych, nawet z bardzo odległych stron. Swego czasu, a właściwie od XVIII wieku do momentu wysiedleń Łopienka była najbardziej znanym sanktuarium kultu maryjnego w Zachodnich Bieszczadach. Na odpust 13 lipca (Wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny), jeszcze w XIX wieku przychodziło kilkanaście tysięcy wiernych - nie tylko Rusinów, ale też mieszkańców stoków Karpat, Pogórzanie zza Wisłoki, a nawet Górale śląscy spod Andrychowa. By rozłożyć swe kramy z różnymi towarami, przyjeżdżali tu nawet Żydzi z odległego przecież Krakowa.
W 1943 roku odbył się tu ostatni odpust. Rok później przez bieszczadzkie wsie przechodził front. Latem 1944 roku w Łopience spłonęły dwa domy. Władze wytypowały 420 mieszkańców do wysiedlenia, jednak do końca maja 1945 roku nikt nie został wywieziony. Dopiero w maju 1946 roku na Ukrainę przymusowo wysiedlono 48 rodzin. Ostatnie 7 rodzin wysiedlono w 1947 roku podczas akcji "Wisła". Domy opustoszały. Większość z nich rozebrali ludzie z okolicznych wsi, traktując je jako darmowy skład budulca i opału.
     Podobny los spotkał cerkiew. Ktoś zdjął blachę z jej dachu, prawdopodobnie pokrywa ona do dziś, któryś z domów w pobliskiej wsi.
Co w tym czasie działo się z ikoną? - nie wiadomo, czy była cały czas w świątyni, czy ktoś przez ten czas ja przechowywał? Faktem jest jednak, że dopiero w marcu 1949 roku cudowną ikonę Matki Bożej Łopieńskiej wraz z ołtarzem przewieziono do Polańczyka, z inicjatywy ks. Franciszka Stopy, pierwszego łacińskiego proboszcza tamtejszej parafii. W ten sposób ochroniono ten obraz przed zniszczeniem, a może zagrabieniem razem z innymi rzeczami z cerkwi.
Wieś Łopienka przestała istnieć po 1947 roku. Nikt się tu już nie osiedlił.
Początkiem lat 60 runęła przegniła cerkiewna więźba dachowa.
W końcu lat 60 ruinami zainteresował się historyk sztuki Olgierd Łotoczko. Był on w owym czasie konserwatorem zabytków w powiecie bieszczadzkim. Jednak za zbyt gorliwe - zdaniem władz - wykonywanie obowiązków, został zwolniony.
Od 1968 roku Łotoczko prowadził schronisko na Łopinniku w Dołżycy. W tym też czasie przygotował projekt "Studenckiej wioski skansenowej w Łopience", który wygrał konkurs Ministerstwa Kultury i Sztuki. Jednak nowe władze nie dopuściły do jego realizacji. Projekty i pomiary geodezyjne, robione przez studentów Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej, do dziś pozostały nie wykorzystane. W 1972 roku Olgierd Łotoczko wzmocnił koronę murów cerkwi betonową opaską . Na tym prace renowacyjne się zakończyły. 13 września 1976 roku Łotoczko zginął w czasie wyprawy w Hindukusz Afgański. Tak zakończyła się pierwsza próba "uzdrowienia" tej małej zielonej dolinki, która niegdyś tętniła życiem.
Do początku lat 80 cerkiew była pozostawiona sama sobie, górale podhalańscy wypasający owce w tej części Bieszczadów, wykorzystywali ją jako koszar. Wydawało się, że tak już zostanie i że nieubłagany czas zamieni łopieńską cerkiew w ruinę, nic nie wskazywało na to by miało być inaczej.
W 1983 roku do tej uroczej doliny zawędrował Zbigniew Kaszuba. To on stał się "światełkiem nadziei" dla łopieńskiej cerkwi. Człowiek ten poświęcił jej 16 lat swojego życia. Chyba nikt nie wierzył, że mu się uda. Za jego sprawą rozpoczął się kolejny rozdział w historii Łopienki. W 1986 roku, dzięki jego staraniom, teren przy cerkiewny został zmeliorowany. Kolejne lata upłynęły na gromadzeniu materiałów i sporządzaniu planów remontu. Dziś dach cerkwi łopieńskiej pokrywa lśniąca blacha, jej wnętrze również jest remontowane. Z roku na rok staje się piękniejsza, powoli powraca dawny jej blask.                                                                                                                                             Łopieńska cerkiew miała szczęście. Ile będą go miały pozostałe cerkwie bieszczadzkie? Wiele z nich czeka na ludzi podobnych Olgierdowi Łotoczce lub Zbigniewowi Kaszubie. Czy kiedykolwiek tak się stanie ? - To pokaże czas.

Agnieszka Paluch